Uchyliliśmy już rąbka tajemnicy odnośnie tego, jak to wygląda z finansami na Islandii (wrażenia). Jak zauważyliście, można ją zwiedzić przy naprawdę niewielkich nakładach kosztowych. Oczywiście coś za coś, ale czy najlepsze przygody nie dzieją się poza ładnymi hotelami na łonie natury? Zatem nie ma co zwlekać. Zapraszam was w podróż po krainie lodu i ognia, oby ta wyprawa była dla Was inspirująca i pomocna w planowaniu własnej wyprawy. 🙂

Początki bywają trudne, tak mówią

W naszym przypadku na szczęście obyło się bez zbędnych komplikacji. Po części może przez dobrą organizację, akurat w wypadku tego kraju nie ma zbyt dużego pola do popisu, jeżeli chodzi o spontaniczność, po części może przez zwykły łut szczęścia. Swoją podróż zaczęliśmy z Żywca, skąd udaliśmy się na lotnisko w Katowicach – Pyrzowice. Na miejscu byliśmy chwilę po 14 i choć było to troszkę wcześniej niż planowaliśmy, to zawsze lepiej w tę stronę, niż być spóźnionym.
Lot mieliśmy o godzinie 17:10. Wylecieliśmy planowo, jednak przez wiele turbulencji wynikających z niesprzyjającej pogody wylądowaliśmy prawie planowo w Keflaviku, bo o godzinie 21:45 (czasu lokalnego – 22:45 w Polsce).
Niestety Islandia nie przywitała nas piękną pogodą, padało i było zimno, ale mimo wszystko byliśmy dobrej myśli, słysząc słowa pewnej Polki, która powiedziała, że w Keflaviku zawsze pada i jest 3 stopnie chłodniej niż w Reykjaviku.
I tak chwilę po 22:00 byliśmy już w wypożyczalni samochodów, odebraliśmy naszą Toyotę. i ruszyliśmy w kierunku stolicy Islandii. Przyznam szczerze, że byliśmy tak skupieni i lekko chyba zestresowani, że nie zwracaliśmy zbytnio uwagi na otoczenie w czasie jazdy. Choć może winą też był padający deszcz oraz ciemność za oknami auta, w końcu była to już noc.
Mimo złych warunków, trafiliśmy bez większych problemów do naszego hostelu – Galaxy Pod Hostel. Jedno ostrzeżenie w tym miejscu dla kierowców, uważajcie, gdyż sygnalizacja dotyczy jedynie skrętu w lewo i na wprost. Skręt w prawo – jedziesz gdy masz wolne. Plus przy skręcie w lewo zielone światło to nie wszystko – podobnie jak w Danii, wszystkie skręty w lewo pokrywają się z jazdą na wprost w przeciwnym kierunku, zatem należy najpierw ich przepuścić, a dopiero później jechać.
I można powiedzieć, że tak wyglądał nasz początek. Czy był trudny? Chyba nie. Położyliśmy się jak najszybciej spać, żeby mieć siły na kolejny dzień.

W samolocie (to nie jest reklama!)

A jednak spontaniczność

Choć cały plan podróży mieliśmy opracowany, na każdy dzień naszej wyprawy, to jednak kraina lodu i ognia, miała co do naszej wycieczki troszkę inne plany. Po przebudzeniu przywitał nas deszcz za oknem i silne porywy wiatru, ale tym się nie przejęliśmy zbytnio. Nasze plany musieliśmy zmienić po sprawdzeniu stanu dróg (tutaj) , niestety drogi na trasie Golden Circle, nie były zbytnio przejezdne. Ale nic straconego, dzięki całej sytuacji mieliśmy możliwość na odrobinę spontaniczności. Postanowiliśmy trochę zmodyfikować nasze plany i zamiast na Golden Circle udaliśmy się w kierunku miast Vik. Jednak zanim wyruszyliśmy odwiedziliśmy pobliską kawiarnię z kawą z własnej palarni – Reykjavik Roasters

Pierwsze trudności

Po zaspokojeniu naszej potrzeby na kawę, mieliśmy jeszcze dwa punkty do zrealizowania – zakupy spożywcze w sklepie Bonus, żeby mieć coś na drogę plus wodę do gotowania, oraz drugi punkt, którym był zakup butli z gazem i kartusza. Jakoś trzeba sobie radzić na łonie natury. Niestety o ile zakup butli z gazem nie okazał się ciężkim zadaniem, można je znaleźć na każdej stacji benzynowej o tyle, zakup kartusza – wydawał się być rzeczą niemożliwą. Po odwiedzeniu dwóch stacji benzynowych i sklepu Byko (coś ala nasza Castorama) , zrobiło się dość późno, bo ok. 12. Lekko zrezygnowani zdecydowaliśmy, że co ma być to będzie i tak oto wyruszyliśmy na właściwą trasę. Warto dodać, że na pierwszej stacji obsłużyły nas Polki.

Przygodę czas zacząć

Nie musieliśmy długo jechać, aby pogoda uległa zmianie i nagle po zachmurzonym i deszczowym Reykjaviku nie było śladu, a na niebie zagościło wielkie, jarzące się jasno Słońce. Aż trzeba było na nos założyć okulary przeciwsłoneczne. Wyobraźcie sobie piękne Słońce na niebie a dookoła was śnieżnobiały krajobraz, gdzie wszystko się błyszczy, iskrzy, a oprócz tego w oddali majaczy majestatyczna góra, a tuż obok was przepływa jeszcze rzeka. Widzicie, to oczami wyobraźni? Jeśli nie, to mamy dla Was małą pomoc. Czyli pierwsze zdjęcie wykonane z trasy.

Pierwsze zdjęcie z drogi

Im dalej jechaliśmy tym było coraz cieplej, Słońce nie chowało się za chmury. W pierwszej kolejności chcieliśmy się dostać do basenu z gorącą wodą – darmowe gorące źródła – Seljavallalaug, póki było ciepło. Z takim zamiarem jechaliśmy dalej przed siebie, kiedy zobaczyliśmy stację benzynową zdesperowani postanowiliśmy ją odwiedzić. Jak się okazało był to strzał w dziesiątkę, nie tylko znaleźliśmy kartusz, ale pan obsługujący był tak miły, że wymienił nam butlę na inną pasującą do kartusza i to bez większych problemów. Dodatkowo na stacji znajdowało się również darmowe “muzeum” z kamieniami pochodzącymi z całego obszaru Islandii, prowadzone przez młodego geologa i jego teścia. Bardzo mili ludzie i historie, które opowiadali równie ciekawe. Także jeśli macie chwilkę odwiedźcie stację w Hveragerði, na pewno nie pożałujecie. W pobliżu są jeszcze gorące źródła, my niestety ich nie odwiedziliśmy, a udaliśmy się w dalszą drogę do naszego punktu.
I tak sobie jechaliśmy podziwiając kolejne piękne widoki za oknem. I choć wydawać by się mogło, że krajobraz wygląda mniej więcej tak samo, czyli dużo płaskiego pola a w oddali widać górę, to jednak każda góra i każde pole miało swój urok, jedyny i niepowtarzalny. Zadziwiający był również fakt, że wystarczyło odjechać kawałek, żeby sceneria nagle się zmieniła z śnieżnej na zieloną.

Wodospad – planowana niespodzianka

Kiedy tak przemierzaliśmy kolejne kilometry po Islandii, natrafiliśmy na nagłe poruszenie na drodze. Wszystkie samochody skręcały w lewo i kierowały się w głąb. Nie trzeba nas było długo namawiać, też skręciliśmy i jak się okazało trafiliśmy na nasz pierwszy wodospad, który z początku myśleliśmy, że jest niespodzianką, a potem wyszło, że jednak mieliśmy go w planie i o mały włos byśmy go pominęli. Jest to duży, bajeczny wodospad, zwłaszcza skąpany w świetle Słońca. Wodospad nazywa się Seljalandsfoss. W rzeczywistości jest to jeden większy otwarty wodospad, pod którym można przejść od tyłu, ale trzeba mieć pelerynę, bo inaczej człowiek wychodzi mokrusienki. Kawałek dalej, idąc na lewo są kolejne dwa mniejsze wodospady, a na samym końcu dla wytrwałych – niby niewielka odległość do pokonania, a jednak niewielu turystów się decyduje tam iść, czeka ukryty kolejny pokaźnych rozmiarów wodospad. Niestety nie jest on już tak dobrze widoczny, jak pierwszy, ale właśnie to zaglądanie przez szparę stworzoną ze skał tworzy niesamowite wrażenie.

Seljalandsfoss
Seljalandsfoss
Wrażenia (część 1)
Seljalandsfoss
Wrażenia (część 1)
Seljalandsfoss

Glonowe źródła – one miały być gorące

Po wodospadach ruszyliśmy dalej w trasę. Znów na prawo i lewo rozciągały się ogromne płaskie obszary, zakończone górami lub oceanem, zależy na którą stronę się spojrzało. Co jakiś czas pojawiały się stada kuców islandzkich, czy pojedyncze domki u podnóża gór, bez innych domów naokoło. Po zaledwie ok. 30 minutach dojechaliśmy na parking w Southern Region, a stamtąd udaliśmy się pieszo w kierunku basenu Seljavallalaug. Droga z parkingu do źródeł to zaledwie ok. 1.5km w jedną stronę, ale choć wydaje się łatwa, bo wiedzie u podnóża gór, można by rzec doliną rzeki, to jednak znajdują się takie odcinki, gdzie trzeba ostrożnie przekroczyć rzekę lub troszkę się powspinać. W czasie drogi na górę pogoda zaczęła się troszkę załamywać i w efekcie, kiedy dotarliśmy do celu, zaczęły pruszyć pierwsze płatki śniegu. Jednak to nas nie odstraszyło. Wskoczyliśmy do murowanego domku, gdzie mimo panującego mroźnego powietrza przebraliśmy się w stroje i raz dwa wyszliśmy, aby zanurzyć się w wodzie. Kiedy doszliśmy na miejsce, powinno nam już dać do myślenia, że mimo 3 stopni na zewnątrz, nad basenem nie unosi się para wodna. Ale kto by na to zwrócił uwagę. Skoro już się przebraliśmy, to nadszedł czas na kąpiel, która miała być ciepła i odprężająca. Jak się możecie domyślić po słowach “miała być”, wcale nie była taka jak sądziliśmy. Ciepła woda była i owszem, ale tylko w jednym narożniku basenu, do którego było więcej chętnych. Dlatego po dosłownie 30 sekundach w kącie stwierdziliśmy, że nie ma co, tylko zbieramy się, zwłaszcza że pogoda załamywała się jeszcze bardziej i już nie był to lekki śnieżek, ale delikatna śnieżyca. O ile sądzicie, że rozebranie się na zimnie było straszne, to wiedzcie, że wyjście mokrym, przejście 50m do domku i przebranie się w nieogrzewanym domku, to jest dopiero okropne przeżycie. Jeden plus? Jak już się człowiek ubierze to jest mu niezmiernie ciepło.
Były to darmowe źródła, dlatego nie polecamy ich osobom co delikatniejszym, gdyż cóż szatnia jest koedukacyjna, a właściwie jest to murowany domek, z drewnianymi podestami i wieszakami po dwóch stronach, nie ogrzewany, bez zasłonek i przegródek. Sama powierzchnia basenu pokryta jest glonami, które są średnio przyjemne w dotyku, plus dodatkowo w związku z glonami, po kąpieli w basenie, człowiek też pachnie glonem. 🙂
Po szybkim ubraniu, zaczęliśmy schodzić z powrotem na parking. Kiedy zeszliśmy już prawie na sam dół, pogoda się poprawiła i nie było widać śniegu. Dlatego zanim wsiedliśmy do auta polataliśmy jeszcze trochę dronem.

„Gorący basen” – Seljavallalaug

Skogafoss

Kolejnym i ostatnim naszym punktem na ten dzień, był kolejny wodospad o nazwie Skogafoss, pod którym znajdował się również camping, na którym planowaliśmy spać. Dojazd z Seljavallalaug do Skogafoss zajął nam niecałe 40 minut. Kiedy dotarliśmy na miejsce było przed godziną 19:00 czasu lokalnego. Pogoda cóż, nie rozpieszczała, cały czas mżyło. Jednak nie przeszkodziło nam to i oprócz zdjęcia z dołu, wdrapaliśmy się po wielu, wielu schodach na górę, na taras widokowy ponad wodospadem. Z dołu schody wydawały się krótsze i łagodniejsze. Ale w nagrodę mieliśmy niezapomniany widok, który byłby lepszy gdyby nie zachmurzenie i deszczyk. I jedno wam powiem, na górze strasznie wiało. Ale warto było.
Nie pozostało nam nic innego, jak zejść na dół i przygotować się do snu.

Skogafoss
Skogafoss

Bez jedzenia

Cóż po zejściu nie było tak kolorowo, jak nam się wydawało, że będzie. Wiatr był tak silny, że niestety, ale nie udało nam się odpalić naszej turystycznej kuchenki. Na szczęście mieliśmy kabanosy, wafle ryżowe i żółty ser oraz płatki i mleko. Także, jakoś nam się udało i przeżyliśmy.
Na campingach warto jest mieć ze sobą dużo monet o nominale 100 koron, gdyż większość automatów działa na jego wielokrotność. Np. prysznic kosztował 3×100 koron.
Nie pozostało nam nic innego jak przebrać się w bieliznę termoaktywną i dresy, zawinąć się w śpiwór i udaś się na spoczynek. Bo o 20:30 już nic nie było widać za oknem.

Grad i wichura

Spanie w samochodzie w pierwszą noc nie było takie złe, jak się spodziewałam. Owszem stało się przyjemniejsze, kiedy zarówno od jednej jak i drugiej strony znajdowały się inne auta, które chroniły od nagłych podmuchów wiatru i nie bujało już tak mocno autem. Jednak inne auta po bokach, nie uchroniły nas od dźwięków, które rozchodziły się po aucie, kiedy wielkie krople deszczu, a w pewnym momencie gradu waliły o dach samochodu. Jednak jak człowiek jedzie samochodem, to nie zwraca na takie rzeczy uwagi, a kiedy leży w środku, a naokoło panuje cisza, no cóż, uwierzcie mi nie jest to miłe doświadczenie. Człowiek mimo, że wie, że to nic strasznego, to jednak wewnętrznie czuje się lekko rozedrgany.

Ciąg dalszy nastąpi

Wiem, że obiecaliśmy wam dużo więcej, ale i tak uważam, że jeśli dotrwaliście do tego miejsca, to dużo przeczytaliście i możecie być zmęczeni, dlatego postanowiliśmy rozbić nasze wrażenia na kilka wpisów. Żeby was więcej nie zamęczać, pod spodem galeria zdjęć z tego dnia. Niech obrazy mówią same za siebie i do przeczytania wkrótce. 🙂